O moim pierwszym razie z holenderskim szowinizmem.

Na przeciwko mieszkania J. otworzyli nową kawiarnię o wdzięcznej nazwie ‚Kolory’. Jako że napis na szybkie okiennej głosił ‚sztuka i kawa’, postanowiliśmy wypróbować ją jako miejsce do pracy, czytaj: antidotum na momenty, kiedy w domu nie ma już co scrollować na fejsie, a Ty nie zacząłeś roboty. No taka zmiana kontekstu powiedzmy.

No więc wchodzimy, uzbrojeni w książki, zakreślacze, laptopa i tego typu sprawy. Pustka. Pustka to nigdy nie jest dobry znak, ale jako że miejsce jest jeszcze bardzo świeże, postanowiliśmy się tym nie przejmować. Wyglądający na brzuchatą pięćdziesiątkę Pan skończył rozmowę prze telefon, przeprosił na za ignorowanie i przyjął do wiadomości, że chcemy dwa najzwyklejsze Cappuccino. I zaczął śpiewać. Tak, zupełną ciszę lokalu przeszyło niezbyt udane zawodzenie jakiegoś hitu z radia. Ej, urocze, nie?

Czytaj dalej „O moim pierwszym razie z holenderskim szowinizmem.”