Po studencku: Studia Slawistyczne

Kiedy słyszę o kierunku studiów „filologia polska” w mojej głowie od razu pojawia się skojarzenie: studia nauczycielskie. Nierozerwalny ciąg myślowy. Pomimo tego, że w tak potocznie zwanej polonistyce powinno chodzić o poetyckie „pochylanie się” nad językiem polskim i jego literaturą, to w większości wypadków studiowania tego kierunku w Polsce wiąże się to ze specjalizacją pedagogiczną.

Czytaj dalej „Po studencku: Studia Slawistyczne”

Miłość, śmierć i winyle, czyli sztuka współczesna, którą da się zrozumieć.

Już dawno temu pogodziłam się z faktem, że muzea sztuki współczesnej są dla mnie w dużej części rozczarowujące. Problemy zwykle są dwa: albo nie umiem zrozumieć, o co w danym dziele chodzi, albo po prostu nie robi ono na mnie wrażenia. Chodzę więc dookoła myśląc, co ja tu robię, o co w tym chodzi i co pomyślą o naszych czasach przyszłe pokolenia. Aż tu nagle, znikąd, pojawia się TO dzieło. TA wystawa. Jedne, wyjątkowe, niepowtarzalne. Ścina mnie z nóg i więzi wszystkie głupie pytania w gardle. I wtedy wiem już, po co zrobiłem wcześniejsze kilometry po schodach i korytarzach.

Czytaj dalej „Miłość, śmierć i winyle, czyli sztuka współczesna, którą da się zrozumieć.”

Lustrzana fatamorgana

Czasami patrzę w lustro i strasznie mnie zaskakuje fakt, że jestem ładna.

Szczególnie wieczorem, bez makijażu, ze splecionymi niedbale włosami. No bo hej, obiektywnie brzydal ze mnie jest żaden. Kilogramów tylko o kilka za dużo, cera w normie, rzęsy nawet trochę ponad, żadnych deformacji. Oczy nie są puste, bo ze dwie szare komórki w mózgu się obijają, a uszy w lataniu nie pomogą, nawet jeśli bym chciała. Ale patrząc w lustro wieczorem, często już bez soczewek, spodziewam się zobaczyć poczwarę.

Czytaj dalej „Lustrzana fatamorgana”

Najmniej ważne jest to, co w środku.

Pamiętacie co dostaliście na siódme urodziny? Nie? To może pod choinkę w 2004? Też nie? Pozwólcie, że nie zachłysnę się zdziwieniem. Je też nie pamiętam większości prezentów z dzieciństwa. Rodzice, ciocie i babcie bardzo mnie kochają, prezentów było dużo, a móżdżek nawet jeśli nie ptasi, to pamięć na pewno. Ale są prezenty, które będę pamiętać zawsze. I nie jest to ani najładniejsza Barbie, ani najdroższe kolczyki, ani największy zestaw klocków.

Czytaj dalej „Najmniej ważne jest to, co w środku.”

#gdziemnieponiosło: Sycylia, Wyspy Egadyjskie i Eolskie

Pierwsze, mam nadzieję udane, podejście do serii #gdziemnieponiosło, czyli moich fotograficznych pamiętników z wakacji – 3600 słów, znaczy się 36 zdjęć, z tegorocznego majówkowego wyjazdu Slow Food’owego na Sycylię i otaczające ją wysepki. Wino i swawola, obżarstwo i nieróbstwo w zapierającym dech otoczeniu. Nie żeby gorąco było, ale cykałam jak tylko pojawiało się słońce!

Czytaj dalej „#gdziemnieponiosło: Sycylia, Wyspy Egadyjskie i Eolskie”

Wyższy poziom więzi

Relacje z niektórymi ludźmi potrafią być na tyle głębokie, że jesteś w stanie wiedzieć, co ktoś tak naprawdę ma na myśli, nawet kiedy formułuje tę myśl werbalnie niezbyt adekwatnie. To piękna więź, z doświadczenia wiem, że dużo ułatwia. Trudnym momentem jest jednak chwila, kiedy więź osłabia się i nie potrafisz już odczytywać cudzych słów w tonie, w jakim wypowiedziane zostały w myślach. On czy ona natomiast, nienauczeni takiej potrzeby, nie zaczynają wcale formułować ich w sposób bardziej jednoznaczny.

Czytaj dalej „Wyższy poziom więzi”

Po studencku: Amsterdam, miasto wolności.

Kiedy podróżuję, bardzo łatwo ulegam wpływowi nastroju miasta, w którym się znajduję i wydaje mi się, że nie jestem w tym odosobniona. Warszawa, prawie na równi z Londynem, wprawia mnie w poczucie ciągłego przymusu ruchu, pośpiechu, narzuca przekonanie o braku czasu na rzeczy błahe (czytaj: przyjemne). Amsterdam natomiast jest dla mnie Krakowem Holandii. Otaczając miękką powłoką estetyki oraz zaskakującą ilością festiwali kulturalnych i sztuki w przestrzeni miejskiej, pozwala mi załagodzić moją zestresowana naturę, uspokoić się, skupić na realizacji celów i kontemplacji życia.

Czytaj dalej „Po studencku: Amsterdam, miasto wolności.”

Teoria gier miłosnych

Znacie to powiedzenie, że jedna strona zawsze kocha odrobinę mocniej? To prawda, która nie jest krzywdząca dla żadnej ze stron. To po prostu fakt, któremu nie da się zaprzeczyć. I jak bardzo zakochanym się nie jest i jak bardzo się nie kocha, zawsze zdaje się sobie sprawę, że kocha się ociupinę ponad lub poniżej. I to nie boli. Boleć zaczyna dopiero wtedy, kiedy zupełnie znikąd zdaje się sobie sprawę, że to nie jest już ani chwili dłużej prawda, że nagle szala przeważa się w drugą stronę. I pojawia się pytanie – czy to Ty dołożyłeś ciężarek, czy to z tej drugiej jakiś zniknął. I czy w tym drugim wypadku, nie powinieneś przypadkiem wyrównać rozrachunku.

Czytaj dalej „Teoria gier miłosnych”

Myśloodsiewnia #3: Ucieczka od świadomości.

Czasem ciężko mi zrozumieć, dlaczego zupełnie nieistotny szczegół potrafi wprawić mnie w stan zawieszenia świadomości na cały dzień. Pytanie, na które oczekuję odpowiedzi. Świadomość niesprecyzowanego zadania do wykonania o jakiejś konkretnej, ale odległej porze. To najgorszy stan niepokoju, jaki potrafię sobie wyobrazić – bezpodstawny i nieodparty. Niepoddający się logicznym pertraktacjom i niezniszczalny żadną podjętą akcją. Nie znika nawet wtedy, kiedy jestem perfekcyjnie świadoma, skąd się wziął i wcale nie rozstraja mnie wtedy mniej. To jedne z tych dni, które mają potencjał i nie chcą się nim z Tobą podzielić.

Czytaj dalej „Myśloodsiewnia #3: Ucieczka od świadomości.”

O moim pierwszym razie z holenderskim szowinizmem.

Na przeciwko mieszkania J. otworzyli nową kawiarnię o wdzięcznej nazwie ‚Kolory’. Jako że napis na szybkie okiennej głosił ‚sztuka i kawa’, postanowiliśmy wypróbować ją jako miejsce do pracy, czytaj: antidotum na momenty, kiedy w domu nie ma już co scrollować na fejsie, a Ty nie zacząłeś roboty. No taka zmiana kontekstu powiedzmy.

No więc wchodzimy, uzbrojeni w książki, zakreślacze, laptopa i tego typu sprawy. Pustka. Pustka to nigdy nie jest dobry znak, ale jako że miejsce jest jeszcze bardzo świeże, postanowiliśmy się tym nie przejmować. Wyglądający na brzuchatą pięćdziesiątkę Pan skończył rozmowę prze telefon, przeprosił na za ignorowanie i przyjął do wiadomości, że chcemy dwa najzwyklejsze Cappuccino. I zaczął śpiewać. Tak, zupełną ciszę lokalu przeszyło niezbyt udane zawodzenie jakiegoś hitu z radia. Ej, urocze, nie?

Czytaj dalej „O moim pierwszym razie z holenderskim szowinizmem.”