#gdziemnieponiosło: Dominikana, czyli sposób na jesienny marazm

Londyn, Moi Mili, to miejsce, w którym pada. Dużo pada. A jak nie pada przez prawie dwa tygodnie, to nadlatują kosmici, przylatuje piach znad Sahary, huragany i ogólnie strach się bać i nos z biblioteki wychylić. I właśnie wtedy, w tej bibliotece nieszczęsnej, kiedy próbuje się zwolnić trochę pamięci, można odkryć zakopaną gdzieś między przepisami na wegańską lasagne, a listem motywacyjny do pracy do której nigdy nas nie przyjeli, taką oto perełkę, w postaci pliku zapomnianych zdjęć z zeszłorocznych wakacji. Wspomnienia tegorocznych, Islandzkich, raczej mi bezsłoneczności nie rozświetlą, a piachu do serca nie przybliżą. Dominikano, czyń więc honory!

Czytaj dalej „#gdziemnieponiosło: Dominikana, czyli sposób na jesienny marazm”

Wielka Siódemka deszczowej encyklopedii, czyli o deszczu odmianach słów kilka.

Jako mieszkanka Amsterdamu od lat paru ( czyli dokładnie dwóch, bo para to przecież dwa) , a.k.a. Szpierg z Krainy Deszczowców, na nowo odkryłam deszcz. Nie zrozumcie mnie źle, deszcz zawsze miał w moim mrocznym serduszku swój wyjątkowy, mokry i ponury zakątek. Ale odkąd mieszkamy sobie na co dzień, a nawet kilka razy dziennie, pod jednym, zachmurzonym niebem, musieliśmy wypracować bardziej zdefiniowaną, klarowną relację – ja i wszyscy przedstawiciele deszczowej rasy. I dziś chciałabym do waszego słonecznego i suchego dnia przemycić wizję siedmiu z nich, bo każdy zasłużył w końcu na strużkę deszczu w swoim życiu.

Czytaj dalej „Wielka Siódemka deszczowej encyklopedii, czyli o deszczu odmianach słów kilka.”

#gdziemnieponiosło: Rzym, czyli przeczarująca góra kamiorów

Rzym to o wiele, wiele więcej niż tysiącletnie budynki i ruiny. To ogromnie ciepli ludzie, niebiańsko przepyszne jedzenie, wspaniałe wino i zapach nagrzanego cementu, który nie jest tak oszałamiająco przyjemny nigdzie indziej. Ale niestety – to waśnie kamienie z tych wszystkich rzeczy są najbardziej wizualnie przystępne do łapania obiektywem amatora. Zapraszam więc do zobaczenia mojego kawałka Rzymu, tego który przedreptałam, przytupałam, ale którego nie śmiałam zaklepać, więc możecie go ze mną dzielić.

Czytaj dalej „#gdziemnieponiosło: Rzym, czyli przeczarująca góra kamiorów”

Życzę Ci podróży

Jest późne, wrześniowe popołudnie. Siedzę przy staroświeckim, rzeźbionym, drewnianym biurku, w małym pokoiku kamieniczki gdzieś w centrum Paryża. Z kubkiem lurowatej kawy w ręce, w za dużej koszuli i ogólnym nieogarze. Zatarła mi się od rana orientacja geograficzna, mogłabym równie dobrze istnieć teraz jedynie w tym pokoju. Od prawie godziny wpatruję się niebo za oknem i staram się sobie przypomnieć, kiedy ostatnio spędziłam cały miesiąc swojego życia w jednym miejscu. W jednym mieście. W jednym kraju chociażby. Patrząc na ten sam kawałek nieba.

Czytaj dalej „Życzę Ci podróży”

#gdziemnieponiosło: Sycylia, Wyspy Egadyjskie i Eolskie

Pierwsze, mam nadzieję udane, podejście do serii #gdziemnieponiosło, czyli moich fotograficznych pamiętników z wakacji – 3600 słów, znaczy się 36 zdjęć, z tegorocznego majówkowego wyjazdu Slow Food’owego na Sycylię i otaczające ją wysepki. Wino i swawola, obżarstwo i nieróbstwo w zapierającym dech otoczeniu. Nie żeby gorąco było, ale cykałam jak tylko pojawiało się słońce!

Czytaj dalej „#gdziemnieponiosło: Sycylia, Wyspy Egadyjskie i Eolskie”

Po studencku: Amsterdam, miasto wolności.

Kiedy podróżuję, bardzo łatwo ulegam wpływowi nastroju miasta, w którym się znajduję i wydaje mi się, że nie jestem w tym odosobniona. Warszawa, prawie na równi z Londynem, wprawia mnie w poczucie ciągłego przymusu ruchu, pośpiechu, narzuca przekonanie o braku czasu na rzeczy błahe (czytaj: przyjemne). Amsterdam natomiast jest dla mnie Krakowem Holandii. Otaczając miękką powłoką estetyki oraz zaskakującą ilością festiwali kulturalnych i sztuki w przestrzeni miejskiej, pozwala mi załagodzić moją zestresowana naturę, uspokoić się, skupić na realizacji celów i kontemplacji życia.

Czytaj dalej „Po studencku: Amsterdam, miasto wolności.”

O moim pierwszym razie z holenderskim szowinizmem.

Na przeciwko mieszkania J. otworzyli nową kawiarnię o wdzięcznej nazwie ‚Kolory’. Jako że napis na szybkie okiennej głosił ‚sztuka i kawa’, postanowiliśmy wypróbować ją jako miejsce do pracy, czytaj: antidotum na momenty, kiedy w domu nie ma już co scrollować na fejsie, a Ty nie zacząłeś roboty. No taka zmiana kontekstu powiedzmy.

No więc wchodzimy, uzbrojeni w książki, zakreślacze, laptopa i tego typu sprawy. Pustka. Pustka to nigdy nie jest dobry znak, ale jako że miejsce jest jeszcze bardzo świeże, postanowiliśmy się tym nie przejmować. Wyglądający na brzuchatą pięćdziesiątkę Pan skończył rozmowę prze telefon, przeprosił na za ignorowanie i przyjął do wiadomości, że chcemy dwa najzwyklejsze Cappuccino. I zaczął śpiewać. Tak, zupełną ciszę lokalu przeszyło niezbyt udane zawodzenie jakiegoś hitu z radia. Ej, urocze, nie?

Czytaj dalej „O moim pierwszym razie z holenderskim szowinizmem.”