#gdziemnieponiosło: Dominikana, czyli sposób na jesienny marazm

Londyn, Moi Mili, to miejsce, w którym pada. Dużo pada. A jak nie pada przez prawie dwa tygodnie, to nadlatują kosmici, przylatuje piach znad Sahary, huragany i ogólnie strach się bać i nos z biblioteki wychylić. I właśnie wtedy, w tej bibliotece nieszczęsnej, kiedy próbuje się zwolnić trochę pamięci, można odkryć zakopaną gdzieś między przepisami na wegańską lasagne, a listem motywacyjny do pracy do której nigdy nas nie przyjeli, taką oto perełkę, w postaci pliku zapomnianych zdjęć z zeszłorocznych wakacji. Wspomnienia tegorocznych, Islandzkich, raczej mi bezsłoneczności nie rozświetlą, a piachu do serca nie przybliżą. Dominikano, czyń więc honory!

Czytaj dalej „#gdziemnieponiosło: Dominikana, czyli sposób na jesienny marazm”

Holenderska Znieczulica

Odstawiam na bok bustą butelkę po białym winie, patrząc pod światło bawię się tym co zostało mi w kieliszku i zastanawiaiam się nad tym co przed chwilą powiedziała K. O tym, że Polacy lubią mówić o sobie, a nie umieją słuchać o sprawach innych, szczegółnie jeśli nie mogą się z nimi utożsamić. Holendrów natomiast trudniej jest zszokować i łatwiej być przy nich sobą.

Czytaj dalej „Holenderska Znieczulica”

Kiedy perfekcjonizm staje na drodze, czyli aspiracje do winnych felietonów.

Jadę pociągiem Amsterdam-Paryż. Właśnie odłożyłam na bok „Sprzedawcę Arbuzów”, zbiór felietonów Marcina Mellera i sięgnęłam po zdobyczny Magazyn Wino (zdobyczny – zdobyty przy wyjściu z uroczystego śniadania gali rozdania ichniego, winnego Grand Prix).

Czytaj dalej „Kiedy perfekcjonizm staje na drodze, czyli aspiracje do winnych felietonów.”

Wielka Siódemka deszczowej encyklopedii, czyli o deszczu odmianach słów kilka.

Jako mieszkanka Amsterdamu od lat paru ( czyli dokładnie dwóch, bo para to przecież dwa) , a.k.a. Szpierg z Krainy Deszczowców, na nowo odkryłam deszcz. Nie zrozumcie mnie źle, deszcz zawsze miał w moim mrocznym serduszku swój wyjątkowy, mokry i ponury zakątek. Ale odkąd mieszkamy sobie na co dzień, a nawet kilka razy dziennie, pod jednym, zachmurzonym niebem, musieliśmy wypracować bardziej zdefiniowaną, klarowną relację – ja i wszyscy przedstawiciele deszczowej rasy. I dziś chciałabym do waszego słonecznego i suchego dnia przemycić wizję siedmiu z nich, bo każdy zasłużył w końcu na strużkę deszczu w swoim życiu.

Czytaj dalej „Wielka Siódemka deszczowej encyklopedii, czyli o deszczu odmianach słów kilka.”

Spacer z kieszeniami pełnymi kasztanów.

Dzień deszczowy, ławki w parku puste, tylko turyści robią sobie zdjęcia z fontanną, bo to nie byle jaki park, Ogrody Luksemburskie w końcu. Siadamy pod dachem, z ciepłymi jeszcze crêpes z narożnego baru, na miętowych krzesłach, niczym z najnowszego skandynawskiego katalogu. Ty siadasz, ja siadam na Twoich kolanach. Krzesła są z metalu, a metal zimny, zimno przenikające przez płaszcz nie jest natomiast tym co tygryski lubią nawet trochę.

Czytaj dalej „Spacer z kieszeniami pełnymi kasztanów.”

Siedem jest grzechów głównych, a najcięższym z nich jest lenistwo.

Właśnie odkryłam najbardziej motywującą rzecz pod księżycem dla wszystkich tych ludzi, którzy tak jak ja zmagają się wieczorami z zaległymi terminami. Jest tak motywująca, że powinno wyciskać się z niej esencję jak z herbaty i dodawać do porannej cytryny. Wróć. Ja przecież nie piję rano herbaty, a już na pewno… No nie ważne. Zamiast mleka do kawy niech będzie. Zamiast pianki do waniliowej Chai Latte. Goździków do grzanego wina, dla tych co wstają raczej po, niż przed południem. Czymkolwiek się tam trujecie.

Czytaj dalej „Siedem jest grzechów głównych, a najcięższym z nich jest lenistwo.”

Myśloodsiewnia #4: Z bezwładu nadchodzę.

Jednym z plusów bycia chorym podczas sesji jest to, że nie mam siły się stresować. Piję rozpuszczalną, rosyjska witaminę C w nadziei, że jest tak samo bardzo na sterydach, jak ichni sportowcy i wieczorem będę już zdrowa. Łapię się na tym, że jedno zdanie czytam trzy razy, a między mną i książka nagle pojawia się ogromna ilość bardzo ciekawego powietrza, które magnetycznie przyciąga mój wzrok na czas nieokreślony. Jem tylko wtedy, kiedy przypomnę sobie że ludzie powinni jeść i śpię tylko wtedy, kiedy mój mózg postanowi się wyłączyć. To pierwszy zbyt rzadko, to drugie niespodziewanie.

Czytaj dalej „Myśloodsiewnia #4: Z bezwładu nadchodzę.”