Wielka Siódemka deszczowej encyklopedii, czyli o deszczu odmianach słów kilka.

Jako mieszkanka Amsterdamu od lat paru ( czyli dokładnie dwóch, bo para to przecież dwa) , a.k.a. Szpierg z Krainy Deszczowców, na nowo odkryłam deszcz. Nie zrozumcie mnie źle, deszcz zawsze miał w moim mrocznym serduszku swój wyjątkowy, mokry i ponury zakątek. Ale odkąd mieszkamy sobie na co dzień, a nawet kilka razy dziennie, pod jednym, zachmurzonym niebem, musieliśmy wypracować bardziej zdefiniowaną, klarowną relację – ja i wszyscy przedstawiciele deszczowej rasy. I dziś chciałabym do waszego słonecznego i suchego dnia przemycić wizję siedmiu z nich, bo każdy zasłużył w końcu na strużkę deszczu w swoim życiu.

1.  Deszcz, który stuka w okno, kiedy siedzisz w domu pod kocem, z kakao.

Taki deszcz-przyjaciel, który pozwala Ci robić to na co masz ochotę i cichutko przypomina o swojej obecności: No cześć, jestem tu, a Ty wcale nie marnujesz dnia pod tym kocykiem, bo przecież padam! Taki, który sprawia że najzwyklejszy pokój hotelowy robi się przytulny, wieczór nastrojowy, a cisza znacząca.

2. Deszcz, w którym nie da się nie tańczyć.

Mam słabość to filmowych klisz, romantycznych, dramatyzujących gestów. No i kiedy takowy deszcz pada, rzucam wszystko, spisuję mejkap na straty (chyba, że akurat takowego nie mam, wtedy sytuacja jest win-win) i wyglądam dokładnie o tak:

3. Ciepły, wiosenny deszczyk.

Taki deszczyk-normik. Nie zwraca się na niego zbytnio uwagi, dopóki kropla nie spadnie Ci na nos. Nie ma wrogów, jest neutralny i niezawadzający. Pada sobie i niezbyt coś z tego wynika.

4. Ulewa, która przemoczy Cię do suchej nitki zmrozi do szpiku kości, kiedy jedziesz rowerem bez szalika.

Trzy słowa, tyle potrzeba żeby opisać co nas łączy: Nie lubimy się. Nie lubimy się, bo sprowadza na mnie przekleństwo kataru, potrzeby picia paskudne naparu z imbiru i bolącego gardła. Nie lubimy się, bo uświadamia mi, że brak mi holenderskiego genu niezniszczalności. Nie lubimy się, bo odmraża mi palce u rąk, kiedy przebijam się przez niego na rowerze… Muszę wymieniać dalej?

5. Deszcz Schrödingera.

Ten, który jak nazwa sama mówi, jest i którego jednocześnie nie ma. Który wcale nie pada, ale który i tak sprawia, że wełniana czapka jest cała wilgotna, bohatersko chroniąc Twoje włosy. Taki trochę cicho-ciemny typek, co nie może się zdecydować, czy padać czy nie, czy Cię lubi czy nie, czy przywalić z całą mocą, czy uciąć sobie drzemkę. Nie jestem pewna, co on czuje do mnie, bo nie chce wyłożyć kawy na ławę, ale ja jestem w jego kwestii jednoznacznie na nie. Nie lubię niejasności!

6. Deszcz, który ma nadejść.

Mówi się o nim, czeka się na niego, boi się go. Przemyka się szybciutko od budynku do budynku, z niepokojem wpatrując się w niebo. Planuje się swój dzień z założeniem, że ON wreszcie nadejdzie. Tak jak wszystkiemu, co ma dopiero nadejść, przypisuje się mu cechy nadzwyczajne, strategiczne znaczenie, siłę. Ej, ja o deszczu nadal mówię!

7. Deszcz senny, inaczej deszcz-kołysanka.

To ten, który jest moim przyjacielem od najdawniejszych czasów. To ten deszcz, który stuka ciuchutko w szybę, kiedy próbujesz zasnąć, ale nie możesz i z głową pełną myśli, które pędzą przez nią jedne za drugimi, wpatrujesz się w sufit. To ten, który opowiada Ci bajki na dobranoc i który działa jak najczulsza kołysanka. Ten jest zdecydowanie moim ulubieńcem. Dlaczego? Tutaj się dowiesz.

COVER PHOTO SOURCE: CHRISTIAN SIEDLER

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s