Spacer z kieszeniami pełnymi kasztanów.

Dzień deszczowy, ławki w parku puste, tylko turyści robią sobie zdjęcia z fontanną, bo to nie byle jaki park, Ogrody Luksemburskie w końcu. Siadamy pod dachem, z ciepłymi jeszcze crêpes z narożnego baru, na miętowych krzesłach, niczym z najnowszego skandynawskiego katalogu. Ty siadasz, ja siadam na Twoich kolanach. Krzesła są z metalu, a metal zimny, zimno przenikające przez płaszcz nie jest natomiast tym co tygryski lubią nawet trochę.

Dookoła zieleń przenika się ze złotem i brązem w sposób nieuchwytny dla aparatu. Po raz kolejny zaskakuje Cię fakt, że wolałabym zrobić zdjęcie koronom drzew niż rzeźbom na fontannie. Tłumaczę, że wolę uwieczniać to, co przemija. Fontanna jest dla mnie jak tysiące innych. Tej alejki już nigdy nie zobaczę pokrytej złotą mozaiką w ten sam sposób.

14642287_1306925822675338_4926752871176700171_n

Idziemy ścieżką wzdłuż linii Kasztanowców, patrzę pod nogi bardziej uważnie, niż kiedy w szpilkach chodzę po nierównych, kocich łbach Lubelskiego Starego Miasta. Mijamy dzieci, zajęty tym samym co my, rodziców zapatrzonych w telefony, a ja czuję, że zrozumiałabym się o wiele bardziej jednym z tych maluchów, niż ich twardo stąpających po ziemi opiekunów.

Po dłuższej chwili mogę już zanurzyć ręce w obszernych kieszeniach płaszcza i poczuć gładką, śliską i tak cudownie uspokajającą okrągłość kasztanów. Kieszenie zmieniają się w miniatury basenów z piłeczkami dla moich dłoni, a palce nie zamierzają zmarnować z tej uciechy nawet chwili. To przyjemność na poziomie równie prymitywnie prostym, co uczucie rozgniatania dłońmi kostki zmrożonej margaryny. Organoleptyczna, sensualna, dziecinnie prosta i przez swoją prostotę tak trudna do opisania.

Zbieramy liście na bukiet dla Twojego chorego współlokatora. To znaczy Ty zbierasz, ja egoistycznie zbieram je dla siebie. Później okaże się, że udekorują wieczorem nasz wspólny stół, kiedy za oknem oberwie się niebo. Koniuszki palców drętwieją mi od ściskania ich w ręce na zimnie, zupełnie jak półtora dekady temu. Ściskam mocno, żeby nigdzie nie odleciały, tak jak nauczyła mnie Babcia.

W sklepie każdy z nas ma tylko jedną wolną dłoń, głód sprzyja na szczęście współpracy i kreatywności. Nasi rówieśnicy patrzą na nas jak na czubków, z garścią liści w dłoniach szarpiących się z reklamówką i gruszkami. Starsze Panie mijają nas z melancholijnym uśmiechem. Wiek przynosi przecież mądrość, a przynajmniej umiejętność doceniania prostych gestów.

Wieczór pachnie domowymi wypiekami, czerwonymi winem i jesienią kasztanów na stole, którym pozwoliłam ukradkiem uciec z kieszeni mojego płaszcza. Każdej jesieni idealny spacer z kieszeniami pełnymi kasztanów może być tylko jeden.

Inaczej szczęście uderzyłoby mi do głowy.

fullsizerender

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s