Po studencku: Amsterdam, miasto wolności.

Kiedy podróżuję, bardzo łatwo ulegam wpływowi nastroju miasta, w którym się znajduję i wydaje mi się, że nie jestem w tym odosobniona. Warszawa, prawie na równi z Londynem, wprawia mnie w poczucie ciągłego przymusu ruchu, pośpiechu, narzuca przekonanie o braku czasu na rzeczy błahe (czytaj: przyjemne). Amsterdam natomiast jest dla mnie Krakowem Holandii. Otaczając miękką powłoką estetyki oraz zaskakującą ilością festiwali kulturalnych i sztuki w przestrzeni miejskiej, pozwala mi załagodzić moją zestresowana naturę, uspokoić się, skupić na realizacji celów i kontemplacji życia.

Idąc nawet krok dalej, podobne podejście do życia zauważam u Amsterdamczyków, czy to rdzennych, czy z wyboru. I to nie tylko w rzeczach codziennych, jak nastrój kawiarni, zachowanie, kiedy złapiesz kogoś na „gapieniu się” na Ciebie w autobusie, czy też w beztrosce jeżdżenia na rowerze na obcasach lub w garniturze. Ma to odzwierciedlenie dużo głębiej. Holendrzy nie gnają na złamanie karku do przodu, ale, kiedy podejmują już jakieś działanie, jest to akcja przemyślana i brana na poważnie. Nie tylko w wypadku pracy, ale nawet w kwestiach stażu czy wolontariatu. Kiedy w Polsce stażyści stereotypowo zwykle parzą kawę i służą za firmowe popychadła tylko po to, by móc wpisać to sobie do CV, w Holandii dostanie stażu w interesującej nas dziedzinie to dopiero początek wyzwań – dużo trudniejsze zadania zostaną przed nami postawione w czasie jego trwania, zostaniemy potraktowani jako mniej doświadczony, młodszy pracownik, którego nie traktuje się jak nieopierzonego „żółtodzioba”, ale przed którym stawia się jednak również konkretne zadania i wymaga wykazania umiejętnościami. Nawet darmowa wolontariacka praca nie jest czymś, o co zostaniemy poproszeni. Jeśli chcesz zostać wolontariuszem w Polsce, wystarczy, że pojawisz się na spotkaniu. W Holandii musisz się o to postarać, często wręcz ubiegać niczym o pracę, na równi z którą możesz tam zdobyć doświadczenie i znajomości.

Często słyszę powtarzaną przez turystów jak mantrę frazę, że Amsterdam to miasto grzechu i wtedy automatycznie coś się we mnie buntuje. Staram się stronić od banałów, ale ja zamiast miasta grzechu widzę tu miasto wolności. Miasto spokoju i luźnego podejścia do codzienności, ale też miasto świadomych wyborów. Miejsce, gdzie może i wszystko wolno, ale za wszystko trzeba również wziąć odpowiedzialność.

Tekst po raz pierwszy ukazał się w gazecie „poPolsku” (11 marca 2015); www.poPolsku.nl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s