O moim guście ze schroniska.

Wpadłam.

Jak śliwka w kompot, szesnastolatka z patologicznej rodziny w uzależnienie od utleniacza do włosów albo ciocia z wizytą, kiedy pojawia się nowy, rodzinny skandalik. Wpadłam w cug. A jak wszyscy internetowi oglądacze rzeczy wiedzą, od wpadnięcia w ciąg oglądania serialu jest tylko jedna gorsza alternatywa: wpadnięcie w ciąg oglądania filmów.

Gdzie tu różnica, zapytacie o wy, którym zostało to oszczędzone? Ogromna! Nie wspomnę już nawet o tym, że odcinek serialu trwa średnio jedną-trzecią tego, co film. Najgorsze jest to, że kiedy kończy się odcinek serialu może i ciągnie do obejrzenia kolejnego, no bo: Boże-co-się-stało-z-nim/nią/ich dzieckiem/stadem szynszyli? Zjadł tę pizzę/pocałowała go/przeżyło/zostały przerobione bezdusznie na futra? (No dobra, ciągnie i to nawet bardzo.). Ale kończenie każdego z serii filmów jest jak kończenie całego sezonu serialu: ogarnia Cię bezbrzeżny smutek przemijania, wszystko niby się kończy, niby nie ma punktu kulminacyjnego w ostatniej minucie, ale jest jakiś taki niesmak – przecież coś będzie się w końcu działo dalej! Ona po tym ślubie na pewno przytyje i on ją zniekocha. A ta kuzynka, co miała taką brzydką kieckę, na pewno zostanie Rosyjskim szpiegiem. Tylko w Rosji ta kiecka ma prawo bytu. I tylko, jeśli będzie umiała dać w mordę każdemu, kto stwierdzi inaczej.

No i mimo że wstyd mi to powiedzieć, a duża część znajomych przestanie się do mnie przyznawać na ulicy, to mnie tak wciągnęło <kaszle, krztusi się i udaje, że wcale tego nie mówi> studio Marvel. No ja wiem, Deadpool, jaka sztampa. Tylko że na Deadpoolu się nie skończyło. Później przyszli Avengersi, jedni, drudzy, a teraz stawiam zacięty opór samej sobie, żeby nie zacząć oglądać Iron Mana.

W liceum moje znajome, w ramach protestu przeciw oglądaniu śmieciowych filmów, uciekły na wycieczce klasowej z kina, kiedy poszliśmy na Iron Mana. A może zrobiły to po prostu ze znudzenia? Tak czy siak, to zaskakująco nieprzyjemne uczucie, kiedy zdajesz sobie sprawę, że coś czym gardziłeś całe życie, na co patrzyłeś z powątpiewaniem, ironią i niesmakiem, nagle okazuje się takie w dechę (To tak obciachowe, że nawet słownictwo mi się zaraziło.) Staczam się. Ale zły gust to nadal jakiś tam gust. Z tym bym się jakoś pogodziła. Lepiej mieć taki, niż żaden. Ale… no właśnie. Ostatnio widziałam „Bieguny” Pawła Passiniego. I byłam, jak zawsze na jego sztukach, zachwycona. Więc mój gust ani nie jest szlachetny, ani podwórkowy.

Mój gust to mieszaniec.

Photo Source: Konnor

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s