Skąd wiem, że technologia mnie nienawidzi.

Dziś miał być BARDZO PRODUKTYWNY DZIEŃ. Czyli okropnie ważne wydarzenie w życiu każdego ambitnego człowieka, kiedy należy zebrać dupę w troki i załatwić milion rzeczy. I jak każdy człowiek miewający takie DNI wie, jest to wielkie i skomplikowane logistycznie wyzwanie. Nawet, kiedy cały świat stoi za Tobą murem. No cóż, w moim wypadku ten mur stał DZIŚ nie za, ale przed Tobą. Tak jak z resztą od paru miesięcy.  A mur ten nazywa się: technologia.

Zbierając się rano do kupy, w celu udania się w miejsce bardziej sprzyjające pracy niż Twoje mieszkanie (Sąsiedzi z góry robią remont. Generalny.) przypominasz sobie, że Twoja współlokatorka miała zgłosić niedziałającą suszarkę do ubrań, która zepsuła się jakiś tydzień temu.  Zaraz po pralce, zmywarce do naczyń, okapie, ogrzewaniu podłogowym, piecyku gazowym, systemie regulacji światła,  media-boxie do telewizji satelitarnej, routerze, playstation, laptopie mojej wspomnianej współlokatorki, Twojej ładowarce do telefonu i ładowarce do laptopa, które to zepsuły się na przestrzeni ostatnich czterech miesięcy. O telefonie nie wspominam, bo telefon zepsułaś sama. A te dziady wszystkie przestały działać same, z czystej złośliwości.

No więc przypominasz jej o tym, wkładasz buty, wkładasz płaszcz, klepiesz po główce na pożegnanie Pana Pandę, dajesz buzi w czółko Panu Misiowi (twoje pluszaki to bardzo poważne persony!) i już, już masz wyjść… ale postanawiasz sprawdzić baterię w laptopie. Tak na wszelkiego złego wypadek. No i złe się zwypadkowało. 9% jak w mordę-biednego-jeża. Trzeba zanieść ładowarkę z końca listy do wymiany, bo inaczej nici z 50% zadań z dzisiejszej listy. A takich długich nici to mi nie trzeba. Ja jedynie guzik od czasu do czasu przyszyję.

No to bierzesz te wszystkie kabelki w łapę (to już drug ładowarka w tym roku, wspominałam?) i dawaj zasuwać do Apple Store’u. Nie wiem czy wiecie, ale Apple Store’y to najgorsiejszy rodzaj sklepu. No może poza budkami z kebabem (fujka!) i tanimi salonami manicure. Zaraz od wejścia dopada Cię tam sztucznie uśmiechnięta, młoda ekspedientka, pyta o imię i bezapelacyjnie chce pomóc. Kiedy dotrzesz na wybrane piętro, sytuacja się powtarza – tym razem młody, uśmiechnięty Pan pyta o imię i narzuca pomoc. A kiedy wreszcie dotrzesz do stolika, przy którym od ręki chciałabyś zastać uśmiechniętego i gotowego do pomocy specjalistę-od-spraw-szybkiej-wymiany-psującego-się-szmelcu… no cóż, wtedy to już musisz poczekać. I w zasadzie oprócz tego, że jest równie uśmiechnięty i zapyta Cię o imię, to  na tym kończą się podobieństwa między tym Panem, a poprzednią dwójką. Bo ten Pan już nie chce Ci pomóc. On chce znaleźć POWÓD. Mianowicie powód tego, dlaczego to na pewno Twoja wina, że ładowarkę szlag trafił. Więc trafiasz do kolejnego Pana, który pyta o Twoje imię i przez 15 minut, zanim przyniosą brakującą na półce ładowarkę do Twojego modelu laptopa (no bo POWÓD został w końcu oczywiście znaleziony i potrzebny jest zakup zamiast wymiany), będzie próbował z Tobą rozmawiać.  A Ty tak bardzo nie umiesz w small-talk… Co my, w Stanach jesteśmy?!

Wychodzisz, idziesz do ulubionej kawiarni. Masz farta, zajmujesz ostatnie wolne miejsce. Pijesz cappuccino, pracujesz, no wreszcie coś działa tak jak powinno. Może dlatego, że papierową książkę ciężko nazwać technologią. No i w zasadzie co mogłoby pójść źle w kawiarni? To przecież tak cudownie analogowe miejsce! Kolejny rozdział, kolejne cappuccino, kolejne cudownie interesujące, podsłuchane rozmowy. Mama Pani obok zrobiła dla niej pierścionek z malutkiej, metalowej łyżeczki, którą karmiła ją w dzieciństwie! Dzień staje się lepszy. Patrzysz na zegarek, 25 minut do spotkania, 10 minut do odjazdu tramwaju. Idealnie! Podchodzisz żeby zapłacić… Ekran portalu do zapłaty kartą jest caluteńki czarny. Nie działa. Kaput. Gotówka? Jaka gotówka? Ulubiona Pani-Baristka sugeruje Ci, żebyś na chwilę usiadła. Po kilku minutach, kiedy widzi, że nerwowo zerkasz na zegarek proponuje, że zapłacisz następnym razem. Wooow! Zauważyła, że często bywasz. Jesteś już swoja. Dzień znowu się do czegoś nadaje! Ubierasz płaszcz, zarzucasz na ramię plecak i słyszysz zza pleców: Ooo! Zaczęło działać! Ale chwileczkę zanim wszystko się ustawi…

A miałaś już co do minuty zdążyć na ten ostatni tramwaj… Bitch, pleeeease!

Zajechało mi od tego tekstu sfrustrowaniem, a  wam?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s