I don’t care!

Zawsze chciałam nauczyć się śpiewać. Wbić na scenę i być gwiazdą rocka. W wieku 10 lat moją idolką była Avril Lavigne, a na liście marzeń używana gitara elektyczna. Czemu używana? Bo takie mieli starsi koledzy. Ale najzabawniejszy był powód mojego marzenia. Nie chciałam być sławna, ani bogata. Po prostu kiedy zamykałam oczy, umiałam sobie wyobrazić, jakie to musi być uczucie – być na scenie. Wyobrażałam sobie tę ekscytację, adrenalinę, te buzujące w głowie endorfiny. Nie żebym kiedykolwiek tego doświadczyła. Do tej pory nie pamiętam jak czułam się, kiedy te pojedyncze razy trafiłam w końcu na scenę (nie jako gwiazda rocka z różowymi pasemkami, ale zawsze). Przez tremę nie pamiętam nawet kiedy i jak z niej zeszłam albo dlaczego zrobiłam podwójny piwot przy ukłonie.

Nie twierdzę, że to marzenie mi przeszło. Bez problemu umiem się w nie zpowrotem wczuć. Usłyszeć w głowie potencjalne wiwaty. Umiem jednak też przypomnieć sobie, jak bardzo kochałam tańczyć i wyobrazić sobie, jak czuje się P., kiedy codziennie trenuje. To uczucie przynależności do kręgu towarzyskiego, zaufanie i zależność między partnerami przez kilkadziesiąt sekund trwania układu, ciągłe dążenie do doskonałości. Ale z tym konkretnym przykładem akurat jest łatwo, kiedyś sama to czułam i tęsknie za tym. Rzeczy których nie doświadczyłam nie stanowią jednak również większego problemu – mogę popłakać się wyobrażając sobie, że mój ukochany został powołany do armii i zacząć śmiać się w głos, myśląc o narodzinach wnuka, które mogą mieć przecież miejsce dopiero za jakieś 50 lat.

Szczerze mówiąc, rzadko kiedy mam problem z postawieniem się na czyimś miejscu- czy to wściekłych na mnie rodziców, ekspedientki w sklepie poirytowanej tym, że ktoś przeszkadza jej w leczeniu kaca, czy niegramotnego menadżera projektu. A kiedy już tam stoję, to ciężko później walczyć o swoje. No bo jak to tak, skoro już czuję jak bardzo przykro będzie mamie, kiedy zniecierpliwiona nieuzasadnionymi krzykami rzucę słuchawkę albo powiem coś niemiłego. Poza tym, z tego miejsca gdzie stoję, te krzyki nie są już takie nieuzasadnione. No tak, tak, wiem że obiektywnie są, ale będąc mamą, patrzy się na to przecież inaczej. No i stoję sobie na tym cudzym miejscu i nijak nie umiem być asertywna i wymagająca. I irytuje się coraz bardziej – na siebie, na ludzi,  na których miejscu się stawiam, na całą sytuację. Bo jestem zła, wiem że mam do tego prawo. Ale przez tę cholerną wrażliwość czuję nie tylko własną złość na innych, ale też złość innych na mnie, a w dodatku jeszcze wyrzuty sumienia z powodu własnej złości i tego, że sprawiam nią przykrość innym… No i tak rekurencyjnie w kółko.

Dawniej, przed erą skupiania się na uczuciach negatywnych, to właśnie chyba opisywano mianem współczucia. Ekstremalnego wydanie tej umiejętności co prawda, ale ja nigdy nie twierdziłam, że jestem dzisiejsza, czy też normalna. Ostatnio w kolorowym polskim pisemku przeczytałam wywiad z pewną Panią psycholog. Jak większość psychologów, o których miałam okazję kiedykolwiek czytać, ona sama również chodziła na terapię, pewnie do znajomego. Ach, ten nepotyzm. I właśnie nad połączeniem współczucie-asertywność tam pracowała. Kiedy ktoś ją ranił, uczyła się mówić okolicznościom łagodzącym i wytłumaczeniom, które sama dla tego kogoś w głowie tworzyła

I DON’T CARE!

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s