Czego autor nie miał na myśli?

To co autor miał na myśli, czego nie miał, a co sądzą na ten temat wyjątkowe-specjalistki-panie-polonistki to temat rzeka jeśli wziąć pod uwagę wszystkie anegdotki, merytorycznie natomiast to sadzawka, jak nie kałuża. Całkiem zresztą już rozchlapana przez ciągłe się w niej taplanie. A nie, tapla się przecież w błocie… No to bardzo błotnista, rozchlapana kałuża. Myślałam sobie, ciągnąc to niezbyt udane porównanie, że mam tę ciapalagę już za sobą, kiedy oddałam ostatni arkusz matury z języka polskiego. Poczułam się z tym faktem tak pewnie, że popełniłam ten niewybaczalny błąd i zaczęłam czytać tabliczki z opisami dzieł sztuki zamieszczane w muzeach.
Nie wiem czy to może jedynie moje odczucie, może to jakaś wada mojego niezupełnie przystosowanego mózgu, braku wiedzy, doświadczenia, analitycznych umiejętności, czy może mają też tak inni. Te cudowne skrawki metalu/plastiku/powyginanego i zupełnie nieestetycznego papieru mogłyby równie dobrze być napisanie hieroglifami albo w Grece. Zaraz po przeczytaniu imienia, nazwiska i pseudonimu autora, daty stworzenia i obcojęzycznego tytułu wraz z tłumaczeniem mój mózg zaczyna prostować się z wysiłku. Znaczy się, zwoje zaczynają mi się prostować. I nawet jeśli przed przeczytaniem tego bełkotu czułam lub myślałam coś  patrząc na rzeźbę/obraz/instalację/niewiadomego pochodzenia słup, to zaraz po tymnie rozumiem i nie czuję już zwykle nic. Ponieważ albo było to zbyt przeintelektualizowane i zupełnie, powiedzmy to sobie szczerze, od czapy, albo brzmiało mniej więcej tak: ‚To jest słup. Słup jest drewniany, wysoki i prosty.’ Hmmm…

I w zasadzie pogodziłam się już z tym faktem. Staram się unikać czytania ‚etykietek’ sztuki, chyba że coś na co patrzę jest tak cudownie intensywne i niezrozumiałe, że aż warte ryzyka. Ta taktyka jednak została mi wyperswadowana ostatnio  w odrobinie innym kontekście, bo podczas tegorocznego festiwalu teatralnego Maat ‚Kantor now!’. Podążając za tłumem jak ta owieczka znalazłam się przed spektaklem na projekcji filmu nagranego o autorze, jego wizji nawiązania do twórczości Kantora i ogólnie o wszystkich tych kwestiach, które umieszcza się na etykietkach. Materialne dzieło sztuki – opis na kartce, spektakl – opis w formie filmu, odpowiedniki całkiem banglają. I moje wrażenia były chyba równie odpowiadające tym z muzeów. Jedyną różnicą jest to, że opisy tworzone są (jedynie) teoretycznie na bazie tego co o swoim dziele mówi autor, filmy natomiast były informacjami z pierwszej ręki.

Tak samo jak uderza mnie niejasność lub dla odmiany zbytnia prostota wyjaśnień stworzonych dla obrazów, tak samo sposób wypowiedzi artystów na temat ich spektakli był na przemian zanadto skomplikowany i nieociosany. W zasadzie do tej pory, podczas spotkań z artystami, których głównym medium przekazu nie jest język, bardzo często spotykałam się  z niezdarnością w wyrażaniu myśli słowami, czy to na piśmie czy w mowie. Uderza mnie to z równą mocą za każdym razem. Później jednak, jak to było właśnie ostatnio na Maat, doświadczam tego, w tworzeniu czego Ci ludzie są najlepsi. Doświadczam ich tańca, przeżywam ich spektakle, pochłaniają mnie ich obrazy i poruszają instalacje. I w ciągu sekundy zapominam o tym, że ich zdania nie mają orzeczenia, a przymiotnik nie pasuje formą do rzeczownika, który opisuje.

Mój język polski, szczególnie w formie mówionej, kiedy znajduję się pod presją, jest daleki od ideału. Jestem jednak w stanie zachować logikę wypowiedzi i względny poziom poprawności. Jest to też najlepsze narzędzie, jakim mogę się posłużyć do wyrażenia myśli. Aktorka ze mnie jak z jeleniego rogu puzon, moje rysunki natomiast są mocno… abstrakcyjne, nazwijmy to. A ponieważ nie chciałabym, żeby ktoś oceniał moje wiersze po tym, czy umiem zilustrować ich tekst farbami olejnymi, to obiecałam sobie że nigdy już nie ocenię dzieła sztuki po tym, czy ktoś napisał do niego prawidłowy opis, czy też nagrał sensowny filmik wprowadzający. Poza tym, to czego autor nie miał na myśli jest zwykle właśnie tym, co według muzealnych odpowiedników pań-polonistek powinno się znaleźć na takowej tabliczce. Bo ‚konsumpcyjna’ i ‚konsumpeyjna’ w opisie filmu wyglądają przecież prawie tak samo, przynajmniej według Tate Modern. Więc co za różnica?

Czepiasz się, turysto!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s