Związki na odległość

Bardzo prostą rzeczą jest mnie zestresować. Jest to wręcz chorobliwie łatwe rzekłabym, a jeśli nawet nie, to na pewno cholernie niepraktyczne. Jak pewien rodzaj upośledzenia, takiego małego przycisku na lewym żebrze z napisem ‚do użytku w celu natychmiastowego wywołania awarii systemu’. Jeśli więc mogę z czystym sumieniem nazwać się zrelaksowaną,  można doszukiwać się w tym sukcesu.

W wieku 13nastu lat, czytając wyjątkowo rozwijające umysłowo gazetki typu Cosmo i powszechnie występujące w nich testy i teściki (zrobnienia, zdrobnieniunia), zawsze miałam problem z określeniem się jako intro lub ekstrawertyk. Kochałam i nadal kocham przebywać sama. Kiedy spędzę z ludźmi zbyt wiele czasu to jedynym o czym marzę jest zaszycie się z książką i kawą w łóżku, pod kocem i nie wychodzenie stamtąd przez miesiąc. Z drugiej strony, już po kilku godzinach zaczynam tęsknić za interakcją, a moje własne myśli mnie osaczają. Teraz znam już odpowiedź na pytanie skąd czerpie energię i spokój ducha jednocześnie – z samotności czy z przebywania z ludźmi. Czerpie je z bycia samą w otoczeniu ludzi. <jebs!>

W jakiś cudowny, niezrozumiały sposób jestem otoczona przez  dokładnie takich ludzi, jakich potrzebuję: którzy rozumieją, że mała rzecz może dać uśmiech, którzy nie dziwią się mojemu zamiłowaniu do kupowania porcelany i bielizny, którzy razem ze mną cieszą się jak małe dzieci z powstania spektaklu zainspirowanego Kantorem na który nie uda mi się nawet pójść i którzy definiują swoim istnieniem to kim jestem ja. Definiują, bo otaczają mnie, choć zwykle nie w ten dosłowny sposób. Nie ten prosty, łatwy i materialny. Oni otaczają mnie mentalnie. Są kiedy ich potrzebuję i wiedzą, że jestem dla nich kiedy potrzebują oni. Inspirują na odległość i otaczają ciepłym, puszystym kożuszkiem poczucia przynależności do kogoś na tym świecie.

Kiedyś podczas rozmowy z H. ubolewałam, jak bardzo kruche są takie relacje. Wystarczy, żeby któreś z nas znalazło sobie innych ludzi, którzy tę potrzebę bliskości, rozmowy i przynależności będą w stanie zaspokoić. Nawet słabiej, ale od ręki i na miejscu. Taka przyjaźń to nie to samo co związek romantyczny, monogamia uczuciowa nie jest tu wymagana. Jak łatwo jednak jest sięgać po to, co nie wymaga wysiłku. O ile prościej wypłakać się komuś w ramię, niż żalić się przez telefon. O ile wygodniej znaleźć temat rozmowy, spędzając ze sobą codzienność. I przez to jak łatwo pozwolić tej trudniejszej relacji zejść na dalszy plan i przejść na emeryturę. Szczególnie, kiedy trudności nie mają daty ważności, kiedy nie ma nawet mętnej linii końcowej na horyzoncie. Przejściowo da się bowiem znieść wszystko, ale na dłuższą metę substytut pod ręką może zastąpić trudno dostępny oryginał.

Mimo że Londyn jako taki zwykle działa na mnie jak wyżymarka w sensie zarówno fizycznym jak i psychicznym (zakwasy od biegania po metrze, odruch wymiotny na widok kanapek i fast-foodów oraz bardzo niska tolerancja na nieuprzejmość), to ostatni tygodniowy pobyt tam był dla mnie niczym dla większości miesiąc na Bahamach – odprężający i odrywający od rzeczywistości. Przede wszystkim jednak pokazał mi, że nawet jeśli substytut zastępuje oryginał, to tylko do momentu gdy oryginał znów stanie się dostępny.

A oryginał pojawi się na półkach kolejny raz za równo 10 dni.

Jedna uwaga do wpisu “Związki na odległość

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s