LandArt Festiwal

Nie znoszę kiedy łącząc dwie najulubieńsze rzeczy słyszę zgrzyt. No bo jak to tak? Ananas i pizza? <zgrzyt> Amsterdam i poruszanie się autem? <zgrzyyyt> Teatr i… tu chciałam dać <dźwięk złomowania TIRa>, ale dla mnie teatr łączy się ze wszystkim. Kilka dni temu usłyszałam natomiast w mojej głowie głośny zgrzyt dla połączenia ‚sztuka współczesna i wiejski krajobraz’. Niespodziewany i zaskakujący. I jeszcze głośniejsze „No ale jak to tak?!”.

LandArt Festiwal: zabawnie brzmiąca lokalizacja w „Bublu Starym od strony Gnojna”, zapierający dech w piersiach (w głowie, w piersiach, następnie rzucę łokciem) nadbużański krajobraz, prawie już Białoruś i kąpiący się w rzece patrol Straży Granicznej, dwudziestominutowy spacer drogą podobną do tej, którą jeździłam z babcią na maliny i atmosfera prawie-że rodzinna. Powiedziałabym, że idealne okoliczności dla kontemplacji (duże słowo, uwaga!, padło duże słowo) sztuki. Ale nie, coś mnie kuło w prawym boku (a jednak nie łokieć). Do rzeczy.

Natura, jej bezpardonowe piękno, gładkość, elastyczność i nienachalność szczegółów zdały się uwydatniać wątpliwe teoretyczne i ideologiczne podstawy niektórych prac. Zwykle, w ciszy i chłodzie muzeum stwierdziłabym własne ograniczenie i zastanowiła się nad nimi wielokrotnie. Do skutku. Do zrozumienia lub depresji z powodu niezrozumienia. Ale nie tam, otoczona przez naturę piękną w sposób zrozumiały bezapelacyjnie. Tam stwierdziłam po prostu w myślach: bullshit.

Podobne wrażenie wywołują na mnie góry, szczególnie ośnieżone Alpy. Poczucie swego rodzaju małości, nieznaczności tego co stworzone ludzką ręką. Tutaj jednak dołączyło do niego pewnego rodzaju poczucie zniesmaczenia. Ale czym, czy pytam ja siebie? Irracjonalnie wyczuwaną przeze mnie pychą niektórych artystów, których prace oderwane były zupełnie od otoczenia? Czy może moją własną nieumiejętnością cieszenia się dwoma potencjalnie przyjemnymi rzeczami na raz?

Z zasady nie generalizuję, były tam również prace zwyczajnie ładne, nieprzeidealizowane, proste. Ale nie im stawać w szranki z pięknem linii brzegowej czy burzowego nieba. Były też takie, które swoją ideologią łączyły się, lub wręcz czerpały z krajobrazu. I dzięki tym ostatnim właśnie, im więcej czasu mija od wyjazdu, tym bardziej nie jestem pewna czy dźwięk w mojej głowie to był zgrzyt trybów jakiejś zardzewiałej maszyny, czy może raczej początek specyficznej muzyki, której po prostu jeszcze nigdy nie słyszałam i którą mój mózg dopiero zaczyna rozumieć i doceniać.

Muszę chyba dosłuchać do końca. Przesłuchać jeszcze raz. I jeszcze, i jeszcze, i jeszcze… Tak dla pewności.

Ciężkie to życie, opinie mieć trzeba.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s