Lotniska

H. ma obsesję na punkcie „Biegunów”. Każdy nieźle znający go człowiek, który nie rozmawiał z nim jednak o literaturze stwierdziłby, że chodzi na pewno o podróże. Od Islandii do biegunów… Ale nie, obsesja obraca się tak naprawdę wokół Olgi Tokarczuk.

Ponieważ nasz gust estetyczny jest zwykle podobny, a ta książka „najważniejsza w jego życiu” i „przeczytana kilkadziesiąt razu, w całości i na wyrywki” leżąc w minione wakacje na Sycylijskiej plaży zabrałam się za lekturę. Zabrałam bardzo ochoczo, aż do momentu kiedy stało się oczywistym, że albo zapomniał, albo zignorował, moją fobię przed ludzkimi narządami wewnętrznymi. Znaczy się, tymi wewnątrz. Krew, jelita, ścięgna… nie będę kontynuować bo moje kakao jest zbyt smaczne (a K. zabije mnie śmiechem za lamerską terminologię). No ale cóż. Jak każdą w moim życiu (poza Władcą Pierścieni) książkę, skończyłam. Rozerwana na malutkie kawałeczki pomiędzy zachwytem, a obrzydzeniem, w bólach i na przestrzeni czasu, ale skończyłam.

Oprócz kilku cudownych cytatów, idealnie nadających się na moje akwarelowe, włoskie pocztówki, książka zaszczepiła we mnie przede wszystkim fascynację lotniskami. Lotniskami, czyli zwykle jednym z tych miejsc, w którym bezsenność się mnie nie ima, a twarde metalowe krzesła stanowią najwygodniejsze łóżko. A jednak. Nie będę nawet próbować opisywać swoich wrażeń i spostrzeżeń ich na modłę Pani Olgi, bo przy Jankielu… Zostanę jedynie przy bezosobowo napisanej na przeniewygodnej klawiaturze iPada historyjce, do której cała reszta tego tekstu stanowi jedynie przydługi wstęp. Nie, nie będzie zabawna. A może tylko w mojej głowie historia różni się od historyjki nie tylko długością, ale także poziomem zawartości humoru? Czasem mam problem z subtelnościami polskich wyrazów, a googlowanie więcej niż jednej definicji na posta jest żałosne. Nie, nie przyznam się co zdążyłam już z googlować do tego momentu…

Skórzany fotel. No cóż, skórą nazwać można to coś jedynie z wygodnictwa, żeby nie szukać w zaspanej głowie trudnych słów. Skaja! Tak, skaja… Więc fotel, kawa w papierowym kubku. Stoliku… Stolik daleko, trzeba się schylać. Przysunę… Niezręczny uśmiech rzucony dookoła w kierunku potencjalnych odbiorców hałasu. Paru pseudo-businessmanów w wymiętych koszulach, rozglądających się dookoła ze znudzeniem bliskim desperacji… odwracamy wzrok, bo jeszcze zagadają… Nastolatka ze słuchawkami na uszach, zajętego scrollowaniem 9gaga (co wy macie z tym 9gagiem ludzie?! ani to zabawne, ani ciekawe…). Uroczej, blond, holenderskiej pary z dwojgiem równie blond dzieci rozrzucających dookoła zabawki z kinder-niespodzianki i czekającej zapewne na ten sam lot co ja. Opóźniony o piękne 4 godziny. Spędzone na lotnisku bez wi-fi. Pozdrowienia dla Monachium. M&Msy. Od zabawek z czekoladowych jajek do kolorowych, czekoladowych cukierków… ciąg logiczny całkiem oczywisty. A jest przecież jeszcze całe pół paczki! Zachomikowane przezornie w tylnej kieszonce podręcznego plecaka. Po prawej stronie… za daleko. Stolik przeszkadza. Odsunę. Druga tura zawstydzonego uśmiechu rzucanego do w sumie niezprecyzowanego odbiorcy… Do momentu aż odbiorca postanawia się sprecyzować, a uśmiech… uśmiech sam nie może się nadal zdecydować co z sobą zrobić. Bo odbiorca dziobie okruszki z lotniskowych płytek pod stolikiem obok i łypie dookoła wróblimi oczyma.

Ostatnio na lotnisku w Bolonii prawie nadepnęłam na gołębia.

Inwazję ptasich terrorystów uznaję za rozpoczętą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s