W piątek opatrznie udało mi się pójść na moją ulubioną, comiesięczną serię storytellingową w najcudowniejszym na świecie Mezrabie. Opatrznie, bo wyjście samemu w niezbyt ciemną jeszcze noc, znalezienie sobie miejsca w tłumnie zapełnionej sali, a później zachowanie zdrowych zmysłów, kiedy podczas przerw trzeba rozmawiać z obcymi ludźmi, to dla mnie nielada wyzwanie.  Tematem przewodnim domniemanie prawdziwych historii miało być „I wasn’t supposed to be here”. Niezbyt zaskakująco więc, a jednocześnie dosyć uroczo, schemat „I want to make a confession…” powtarzał się w trakcie wieczoru… całe dwa razy! Ale ponieważ był to jedyny powtarzający się schemat, zapadł mi w pamięć.

Tak więc… Chciałabym coś wyznać, na wzór moich mistrzów. I to coś, do czego przyznanie się wcale nie jest łatwe. A mianowicie…

Jestem bezguściem.

W pełnym czy niepełnym tego słowa znaczeniu, jestem i już. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że nie jestem w stanie docenić większości sztuki sprzed XX wieku i zatrważająco często zamiast ukochanego spektaklu Kantora wolę wklepać w google nazwę tandetnego romansidła z dopiskiem CDA? No właśnie. Serce mi zamiera z przerażenia ( co za patetyzm, hu hu), kiedy przypominam sobie brak jakichkolwiek pozytywnych wrażeń podczas spaceru po Luwrze,  nawet kiedy udało mi się wreszcie dopchać do Mony Lizy. Pamiętam, że strasznie chciało nam się z S. pić i niewiarygodną wysokość szpilek Azjatek czekających razem z nami te godziny w kolejce ( Znaczy one czekały. Nam S. załatwiła wejście… tylnym wejściem. Czy jak by nie nazwać wejścia do muzeum przez podziemną galerię handlową. But back to the business…). Ale nie pamiętam żadnych uczuć. Nada. Niente. Niets. O przepraszam, było jedno. Rozczarowanie. Rozczarowanie, że to jednak nie tak, że nie widziałam do tej pory dobrej sztuki niewspółczesnej lub że nie przyglądałam się dokładnie. Ale że mimo wszelakich starań, tłumaczenia samej sobie wartośći tych dzieł, mi to się najnormalniej w świecie poprostu…  nie podoba. Brakuje mi jakiegoś genu, maluteńkiej części, końcóweczki wręcz trzeciego od końca chromosomu ‚g’. Tego odpowiedzialnego za gust.

No ale z tym da się jeszcze żyć, można po prostu dobierać muzea tak, żeby nie uświadamiać sobie bolesnej prawdy przy każdym zwiedzaniu (nie, nie da się żyć bez muzeów). Gorzej z wirusem „CDA”. Bo to serio brzmi jak wirus, come on! Wirus otępiający zmysły, przyczyniający się do zarazy prokrastynacji, zmiękczający mózg w mdłą papkę niezdolną do podejmowanie wyborów i klikającą ‚następny’. Tak tak, odcinek następny.

I to nie tak, że ja nie doceniam sztuki w ogóle. Ja ją wielbię. Czczę. Narkotyzuję się nią… Dobra wystarczy, chociaż to całkiem prawda. Rzecz w tym, że za uczestnictwo w happeningu Abramovic dałabym sobie przefarbować na rudo włosy. Nie mówiąc nawet o zobaczeniu na żywo ‚Nadobnisiów i Koczkodanów”, bo za mało mam włosów żeby za to zadośćuczynić (A mam ich całkiem sporo, takich do pasa.). Ja po prostu doceniam inny rodzaj sztuki. Ten, przy którym większość ludzi staje i stwierdza „O chu autorowi, znaczy się ten teges… temu dzieciakowi z kredkami?… złomiarzowi-menelowi?… o, już wiem artyście!… chodziło?”

Ale wstyd mi czasami, że nie umiejąc zachwycić się antycznymi rzeźbami czerpię przyjemność z popkulturowej sieczki. Szczególnie podczas maratonu Zmierzchu. Znaczy się o zmierzchu, no co wy, ‚Zmierzch’ to by była nawet przesada nawet jak dla mnie. No i czemu już wiem, że nikt mi nie uwierzy…

Zgubiłam gdzieś puentę z tego wszystkiego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s